Tatry zimą – pierwszy raz


WP_20160217_12_47_00_Pro
WP_20160218_11_08_34_Pro WP_20160218_13_14_07_Pro WP_20160219_16_06_23_Pro

Dzień I “Żółtodzioby”

Plan dnia: dotarcie do schroniska Pięciu Stawów
transport: Wieliczka -> Kraków -> Zakopane -> Palenica Białczańska

Zaczynamy (jest nas dwoje) skoro świt, dzięki uprzejmości znajomych docieramy z Wieliczki (nocleg) do Krakowa, ok. 10 ruszamy busem do Zakopanego. Duże korki wydłużają podróż, docieramy do Zakopanego ok. 12.30 martwiąc się o busa. Te kursują rzadziej zimą. Bus jednak już czeka na nas po dotarciu z dworca PKS na plac koło dworca PKP (skąd wyjeżdżają busy). Po pewnej chwili, aż bus się “zapełni”, ruszamy. Tutaj jednak znów korki, ale już nie liczymy czasu – jesteśmy prawie na miejscu.

W Palenicy wita nas.. deszcz. Nie przejmujemy się specjalnie. Ubieramy się, nakładamy pokrowce na plecaki i z uśmiechem idziemy testując nasze membrany. Widoczność słaba. Cały czas (od samego Zakopanego), żadnych widoków gór. Liczba ludzi zarówno tych transportujących się pieszo (o tej godzinie już raczej schodzących) lub Furmankami – spora. Asfalt. Deszcz. Śnieg zalegający na drzewach i poboczach – “Szału nie ma”, wyobraźnia zarysowała to inaczej.

Informacyjnie jesteśmy słabo przygotowani. Mamy mapę (niewiele pamiętamy z poprzednich wypraw) i komunikat TOPR`u o zamknięciu pewnych szlaków zimą do Schroniska PTTK w Dolinie Pięciu Stawów. Informacja TOPR`u jest dla nas niejasna (brak znajomości nazw szczytów, dolin itp), mijając standardowy wariant podejścia do schroniska Pięciu Stawów przy Wodogrzmotach Mickiewicza zauważamy tabliczkę informującą o zagrożeniu lawinowym i zamknięciu(?) szlaku. Mając na względzie, że poprzedniej nocy TOPR poszukiwał na którychś z tych zamkniętych szlaków bandy turystów, idziemy dalej. Wszak, od Schroniska nad Morskim Okiem odchodziły jakieś dwa szlaki do Pięciu Stawów. Po drodze padający deszcz przeistacza się w padający śnieg – miło. Również warstwa śniegu i lodu pod stopami rośnie. Bardziej z czystej ciekawości zakładamy raki (koszykowe z podkładkami przeciwśnieżnymi).

WP_20160215_15_37_14_Pro

WP_20160215_15_37_09_Pro

Ok. godziny 15.00 docieramy do Morskiego Oka. Brak jednak “alpinistów”, a turystów którzy przyszli na  szarlotkę nie pytamy o drogę. Po chwili znajdujemy jednego weterana, miał uprząż, miał raki, miał czekan, liny etc. Pytam o drogę – “Czy do Pięciu Stawów dojdziemy przez Szpiglasową Przełęcz?” (nazwę przypominam sobie po konsultacjach z mapą. Otrzymujemy twierdzącą odpowiedź jednak dostajemy ostrzeżenie – jest późno, tam jest dużo śniegu, prawdopodobnie nie będzie śladów, bez GPS`a zabłądzicie – przemyślcie to (w domyśle – nie idźcie).

Plan jest planem – idziemy. Już 5 minut później robi się ciekawiej – śnieg sięga do kolan, jak źle nadepniesz – gleba i śniegu do pasa. Trzeba się naprawdę wysilić, żeby wstać. Upadłeś, powstań – idziemy dalej. Widoczność niska, po obejściu stawu Morskiego Oka zaczynamy piąć się w górę. Jest naprawdę dużo śniegu. Widoczność szybko spada. Robi się szaro, cały czas jest mgliście, pada śnieg. Czapki, kaptury, raki, czekany – wszytko pracuje w komplecie. Oczywiście mamy na sobie ciężkie plecaki – domowe zapasy na następnych kilka dni. Całe szczęście są ślady – bodajże dwóch osób. Ok. godziny 17-18 (czas szybko leci, człowiek traci rachubę) zaczyna robić się naprawdę ciemno. Sytuację ratuje jedna czołówka i jedna malutka “latarka”. Ślady widać, idziemy. W pewnym momencie związujemy się liną (nie mamy uprzęży – stosujemy węzeł klasyczny, inaczej tatrzański – opanowaliśmy go w busie). Nadmiar liny nawijam sobie przez ramię – w końcu krótsza lina to niższa energia do wyhamowania w razie W. Lina zdecydowanie podnosi komfort psychiczny – nie trzeba się co chwilę oglądać, człowiek się nie zgubi (względem partnera) i ma jako taką asekurację. Skończyła nam się woda, napełniamy butelkę śniegiem i ogrzewam za pazuchą, powoli ale działa. Jest na prawdę ciemno, bez oświetlenia nie widać nawet śladów. Gdyby nie one musielibyśmy wzywać TOPR lub iść na oślep patrząc się na kierunek przemieszczania się punktu na GPS na smartphonie (brak szlaków na mapach – widać tylko granice polsko-słowacką i staw Morskiego Oka). Oczywiście opcja dobra tak długo, aż telefon nie zamarznie lub nie zmoknie. Po pewnym czasie docieramy do “drogowskazu” – Szpiglasowa Przełęcz oraz Wrota Chałubińskiego. Ślady prowadzą do tego drugiego, zdesperowani idziemy śladami. Nie wyobrażamy sobie iść na oślep. Mamy nadzieję, że te skręcą na przełęcz. Morale spadają – powstaje plan – w razie problemów zawracamy do Schroniska Morskiego Oka. W pewnym momencie Julia zsuwa się ze stoku, sprawa była o tyle przerażająca, że człowiek nie widzi gdzie spada, czy 5 metrów czy czai się tam jakaś skarpa. Oczywiście mamy linę, czekan i raki, wbijane w przerażeniu otaczającego mroku i zimna za każdym krokiem z dużym impetem ratują sytuację. Zaciskająca lina lekko dusi, ale facet utrzyma lekką dziewczynę.

Idziemy dalej, ślady się kończą. Sprawdzamy położenie GPS i synchronizujemy je z mapą. Niestety, dotarliśmy na Wrotach Chałubińskiego. Musimy zawracać – wracamy po śladach. Schodzenie z większych pochyleń w nocy (nie widzisz w co idziesz) jest stosunkowo stresujące – człowiek nadrabia to panicznym wbijaniem czekana tak mocno jak się da. Samo schodzenie w głębokim śniegu jest jednak stosunkowo ekspresowe i przyjemne. Stawiasz po prostu duże kroki i idziesz z nurtem dużej ilości śniegu. Oczywiście dość często ta ilość klinuje nogę lub wywraca. Mimo wszytko jest przyjemnie. Choć tą przyjemność odebrał mi pewien fakt, mądry ponad wszytko, nie zakupiłem stuptutów. Śnieg zmroził mi kostki, które stale szorował swoimi zamarzniętymi warstwami, w bucie zaczęła przelewać się woda.

Do schroniska dotarliśmy naprawdę szybko. Wykupujemy tańszą opcję (31 PLN od osoby) pokoju zbiorowego w “Starym Schronisku” Morskiego Oka. Dostając klucz słyszymy, że jesteśmy w nim…. SAMI! Rozpoczyna się prawdziwy raj. Niektóre z elementów owego raju to: ciepło, prysznic z gorącą wodą pod dużym ciśnieniem, kuchnie na wyłączność. Pochłaniamy gigantyczne ilości jedzenia, to nasz drugi posiłek od śniadania o 9.00 (tak rano)! Suszymy rzeczy i ścina nas z nóg.

 

Dzień II “Ponowna próba”

Plan: Dotrzeć do Schroniska w Dolinie Pięciu Stawów.

Ogarnięcie się zabiera nam mnóstwo czasu. To minus pustego schroniska, wszędzie mamy coś. Ok. 10.30 oddajemy klucz i pytamy o drogę. Szlak przez Szpiglasową, który wczoraj próbowaliśmy przejść oraz druga opcja przejścia z Morskiego Oka do Doliny Pięciu Stawów (szlak przez Świstówkę) są zamknięte. Okazuje się, że musimy zejść połowę asfaltowej drogi do Wodogrzmotów i iść szlakiem, który wydał nam się zamknięty. Jedyną zmianą jest sama końcówka, trasa obok wodospadu jest zamknięta i właśnie tę trasę trzeba obejść czarnym szlakiem opisywanym przez TOPR, ehhh.. :) .

WP_20160216_10_29_10_Pro

“Nasze” schronisko

WP_20160216_10_32_31_ProWidoczność nieco lepsza, jednak szczytów brak.

WP_20160216_10_54_02_ProWP_20160216_11_54_35_Pro

 

 
Lina donikąd (w rzeczywistości do Schroniska, to nią transportuje się zapasy)

WP_20160216_14_35_11_Pro

 

 

WP_20160216_14_36_29_ProNiebieskie tyczki. Tak bardzo poszukiwane przez nas wczorajszego dnia. Ułatwiają orientacje przy konkretniejszej pogodzie.

WP_20160216_14_39_22_ProBuszujemy po śniegu. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem tego magicznego zjawiska, kiedy idziesz przed siebie i nic nie widzisz, tylko biel. Błędnik głupieje.


WP_20160216_14_46_30_Pro
Schronisko. Szybko i bezpiecznie. Ponownie, czas relaksu.

Dzień III “Ambitny plan”

plan: Zdobywamy szczyt Kozi Wierch

WP_20160217_10_03_51_Pro

Zmiana pogody – niemal pełna widoczność!

Po wczorajszych konsultacjach w schronisku już wiemy jak wygląda sytuacja. Większość turystów nie wychodzi poza linie schronisk. Szlaki są często nieprzetarte (nie ma śladów) i trzeba się orientować. Jednakże Kozi Wierch to szczyt zaraz przy jednym ze stawów – po prostu wejście w gorę i w dół. Dość wysoko (2291 m n.p.m.), ale coś trzeba przecież robić. Bezpieczeństwo gwarantować mają nam ślady ekipy, która wyruszyła na szczyt przed nami, rano. Niestety te już w połowie się skończyły (ekipa musiała zawrócić, dlaczego?). Pierwszy raz mieliśmy więc okazję wchodzić na “dziko” (ponieważ zimą szlaki nie są widoczne, legalna jest więc “lekka improwizacja”). Podążaliśmy więc GRANIĄ ku górze, unikając ŻLEBÓW (potencjalne miejsca zejścia lawiny, panował 3 stopień zagrożenia lawinowego). I był to moment kiedy pierwszy raz było można poczuć wolność. W pewnym sensie idziesz gdzie chcesz, sam ustalasz trasę analizując pobliską topografię. Wspinaczka górska nabiera dzięki temu nowego wymiaru.

WP_20160217_09_47_17_Pro

(Śniegu nie brakuje) – Ruszamy

WP_20160217_10_04_00_ProWP_20160217_10_25_32_Pro

 

Muszka alpinistka WP_20160217_12_33_18_Pro

Na wysokościach panuje bardzo silny wiatr – formuje ciekawe dzieła sztuki.

WP_20160217_12_40_02_Pro

 

 

 

 

 

 

 

Widoczność jest mieszana, w zależności czy znajdujemy się w “chmurze” czy poza nią.

WP_20160217_12_44_01_Pro

Na dole nad stawem helikopter TOPR`u, prawdopodobnie ćwiczenia

WP_20160217_12_47_02_Pro WP_20160217_12_47_00_Pro

 

 

WP_20160217_12_56_03_Pro WP_20160217_13_10_12_ProWP_20160217_13_10_22_Pro (2)

 

 

 

Trzy ostatnie zdjęcia – ze szczytu. Bardzo silny wiatr uniemożliwił ucztę na szczycie, za to pozwolił chodzić pod dziwnym kątem. Na szczycie dogonił nas Pan, który szedł naszymi śladami, zaoferował piwo w schronisku za kawał dobrej roboty.

Zejście, przy stosunkowo dobrej widoczności było bardzo szybkie i komfortowe, wręcz zabawne. W ramach “treningu” kilka symulacji poślizgu i wyhamowania czekanem. Schodzenie zimą to przyjemność, w przeciwieństwie do zejść latem, gdzie uważać trzeba na każdy krok, kamień itp.

WP_20160217_14_41_08_Pro

WP_20160217_14_48_56_ProPrzy zejściu niesamowity gradient nieba (zdjęcia nie są obrabiane)

 

Dzień IV “Niecny plan”

plan: Granią na Szpiglasowy Wierch i Przełęcz

Efektem wieczorno-nocnych podsłuchiwań w schronisku, podczas czytania książki, było rozeznanie w ambitnym planie pewnej grupy alpinistów. Zamierzali oni przejść od Przełęczy Gładkiej do Przełęczy Szpiglasowej, tylko że Granią – czyli ciągiem kolejnych szczytów otaczających dolinę trzech z pięciu stawów. Dla jasności, nie istnieje taki szlak, a miejsce to postrzega się jako pewnego rodzaju wyczyn.

Naszym planem było wejście w połowie drogi prosto między owe towarzystwo. Miało nam to gwarantować ewentualną pomoc. Plan udał się w 100%. Od Czarnego Stawu Polskiego wspięliśmy się na grań, improwizując i samemu wytyczając sobie trasę. Musieliśmy szybko przejść przez jeden ŻLEB, miejsce potencjalnie niebezpieczne. Owa szybkość była względna gdyż właśnie w ŻLEBIE zalega zazwyczaj duża ilość śniegu, tutaj było go po pas. Potem było już gładko. Na samej trasie grani było dość “Hardcorowo”. Nieraz z obu stron były uskoki czy nachylenia terenu pod bardzo dużym, niebezpiecznym kątem. W takim terenie lina to obowiązek.

WP_20160218_09_36_30_Pro WP_20160218_10_23_31_Pro

Koledzy są już na grani, będziemy przed nimi. Mniej więcej w tym momencie ginie jedna osoba przy Wodogrzmotach wpadając do nich.

WP_20160218_10_34_14_Pro WP_20160218_11_08_31_Pro WP_20160218_11_08_34_Pro WP_20160218_11_13_50_Pro WP_20160218_11_54_05_Pro WP_20160218_12_12_15_Pro WP_20160218_12_12_34_Pro WP_20160218_13_14_07_Pro

Jeszcze jedno nowe doświadczenie. Zejście ze Szpiglasowej Przełęczy było GRANIĄ nachyloną pod dużym kątem. Kusiło mnie, żeby zjechać. Gdy dojrzałem ślad, że ktoś to uczynił, z pewnym przerażeniem w oczach, zjechałem. Po drodze poćwiczyłem hamowanie poślizgu czekanem, jednak przy znacznej prędkości sam czekan nie wystarcza, trzeba pracować również rakami. Nie wiem czy praktykuje się takie zjeżdżanie (z jednej strony szybciej opuszczamy zagrożoną strefę, z drugiej strony nigdy do końca nie wiemy co czeka po drodze – czyt. głazy, uskoki itp.), ale frajda była nieziemska. To był mój pierwszy taki “sport zimowy”. Dodam, że droga na skróty naprawdę zaoszczędziła sporo energii i czasu.

Dzień V “(Nie)spokojny powrót”

plan: Spokojne zejście szlakiem przez wodogrzmoty do Zakopanego Hardcorowa ekspedycja przez kozią przełęcz i dojście do Zakopanego poprzez Halę Gąsienicową.

Poprzedniego dnia zaplanowaliśmy łagodne i bezpieczne zejście, pieszo aż do samego Zakopanego, ponieważ pociąg odjeżdżał dopiero ok. 21. Plan łatwo zniweczył jednak nasz “współlokator”, Wojtek Szweda, weteran podróży górskich, który zaoferował ciekawszą drogę. Do Zakopanego doszliśmy poprzez Halę Gąsienicową, przecierając sporą cześć szlaku. Wędrówka zajęła ogromną ilość czasu – niemal 11 godzin marszu – na pociąg zdążyliśmy niemal na styk. Całą wycieczkę uatrakcyjniło opuszczanie na linie na zaimprowizowanych uprzężach i konieczne asekuracje (był moment gdzie naprawdę się bałem). Podobnie jak pierwszego dnia, ilość godzin i wypoconej wody zamieniły nasze kurtki i kaptury w naprawdę twarde, ośnieżone skorupy (miny ludzi w Zakopanem – bezcenne). Całość tej wyprawy nie udałaby się bez wiedzy i dopomagającej jej GPS`a Wojtka. Przekonaliśmy się o tym dwukrotnie próbując odbić do przodu (śpiesząc się na pociąg). Musieliśmy jednak się cofać, bojąc się wpaść w przepaść (które nie do końca są widoczne(!)). Nauczyliśmy się jeszcze jednej ważnej lekcji – przy schodzeniu nieprzetartymi szlakami poruszamy się ŻLEBEM. W innym wypadku można natrafić na niewidoczny uskok i źle skończyć.

WP_20160219_13_27_48_Pro WP_20160219_13_57_38_Pro WP_20160219_14_52_34_Pro WP_20160219_15_00_44_Pro WP_20160219_16_06_08_Pro WP_20160219_16_06_23_Pro WP_20160219_17_10_52_Pro WP_20160219_17_33_53_Pro WP_20160219_17_34_15_Pro

 

Wnioski: w górach: raki, czekan, lina, uprząż, czołówka oraz urządzenie z GPS ze szlakami są niezbędne. Bez tych rzeczy nie można “poszaleć” (tzn. można, ale przy braku szczęścia, np. do pogody można ucierpieć). Ponad wszystkim  jest wiedza i doświadczenie, szczególnie to dotyczące lawin – żywiołu, wobec którego w większości przypadków jesteśmy bezsilni. Trzeba opanować również sztukę asekuracji, szczególnie przez osobnika lżejszego i słabszego.

Ciekawostkę stanowić mogą słowa pewnych pro, których spotkałem w schronisku (Mount Blanc na liście osiągnięć!) – to była łagodna zima (ok. -4 st, wiatr w krytycznym dla nas momencie mógł wynosić ok. 100-120 km/h), a można trafić na temperatury rzędu -20 czy -30 stopni przy wietrze w skrajnych wypadkach 300 km/h. Daje do myślenia..